wtorek, 13 września 2016

Usprawiedliwienie.

"Droga Pani..., Drogi Panie...,

Proszę usprawiedliwić nieobecność mojej córki, Alicji, na blogu w dniach 8 marca - 13 września 2016. Powodem jej nieobecności było... Było niejedno. Poczynając od przyrostu obowiązków Mamy Alicji (czyli moich) w pracy, poprzez przyrost obowiązków domowo-zawodowych Taty Alicji, aż po wzrost zapotrzebowań samej Alicji. Wszystko to wpłynęło negatywnie na jej frekwencję, ale mam nadzieję, że poniższe wytłumaczenie okoliczności tejże nieobecności zostanie przez Panią/Pana zrozumiane i zaakceptowane, a sama nieobecność wybaczona i zapomniana.

A teraz niech sama nieobecna się tłumaczy.

Z poważaniem,
Mama Alicji."

Alicja jaka jest każdy widzi.
Mam nadzieję, że wybaczycie mi tę ciszę w eterze. Ale pocieszające w mojej nieobecności tutaj jest to, że dzięki niej (czy też przez nią) moja frekwencja w przedszkolu jest wysoka.

Tak, chodzę do przedszkola!

I bardzo to lubię. Że też wcześniej nikt mi nie mówił, że tam jest tak fajnie. Że można tam poznać Marcelków, Igusie, Małgosie, Kacperków i bawić się z nimi codziennie od poniedziałku do piątku między 9:00 a 17:00. Że jest tam plac zabaw - i to tuż za oknem!, do którego chodzimy codziennie, chyba że pada deszcz. A nawet jak pada deszcz to jest fajnie, bo w środku jest tyle super zabawek. Że można tam jeść różne pyszne rzeczy, których w domu - dla zasady - palcem nie tykam. Nawet że stanie w kolejce do łazienki jest takie fajne! Mówię Wam, jeśli macie okazję, idźcie do przedszkola!

Od marca naprawdę dużo się u mnie zmieniło. Przybyło mi parę centymetrów i kilogramów, włosy mam tak długie, że babcia mi może warkoczyki dobierane zaplatać. Osiągnęłam nowy poziom zdolności językowych i teraz podczas kłótni z Tatą nie tylko krzyczę, ale krzyczę pełnymi zdaniami. Sama wybieram sobie ubrania i polubiłam nosić sukienki. Uwielbiam jeść kiełbaski, kotlety mielone, naleśniki, jabłka, maliny, i pić sok wiśniowy własnoręcznie zrobiony przez moją Babcię. Na rowerze jeżdżę niechętnie, ale za to dużo biegam, gram w paletki (powiedzmy), zbieram biedronki i ogórki (sezonowo), skaczę po łóżkach, ewentualnie z nich zjeżdżam.

A skoro mowa o łóżkach, w tym temacie też wiele się zmieniło. Bo teraz mam ich... chwila, niech policzę.... Trzy. Jedno w Kuwejcie, a dwa u Babci. A w sumie to u mnie, bo na tych wakacjach doczekałam się swojego własnego domku, swojego własnego pokoju i swojego własnego łóżka.

Z Tatusiem pomalowaliśmy mój pokój.
Potem Tatuś sam ułożył w nim podłogę, a ja się na niej bawiłam, też sama.
Pomagałam Tatusiowi skręcać moje nowe łóżko.
Łóżko-ślizgawka. Na razie korzystam tylko z tej drugiej funkcji.
Bo w moim nowym domu są różne łóżka do wyboru.
A najlepiej śpi mi się w łóżku turystycznym, ale niestety niedługo z niego wyrosnę.
Całe wakacje minęły pod znakiem malowania, układania, przestawiania, skręcania, zawieszania, czyli tego wszystkiego, co się robi, kiedy się wije gniazdko. I pod koniec sierpnia, kiedy nadszedł wakacji kres, gniazdko było w połowie uwite. Reszta musi poczekać do następnego roku.

Było jeszcze też kilka wyjazdów, większość krótkich, jeden długi. O tym długim opowiem Wam nastęnym razem i obiecuję, że nie będzie to za pół roku.

Odwiedziny u wujków, cioć i przeróżnych zwierząt we Wrocławiu. 
Kotów na tych wakacjach poznałam ze trzy.
I wiem już jakie zwierzątko chciałabym mieć.
Niemal codziennie odwiedzałam jakiś plac zabaw.
Wspinaczka z ciocią Asią na drabinki to była frajda.
Tę koszulkę pomogła mi ozdobić ciocia Kasia.
Wizyta w Lublinie na pokazach sztukmistrzowskich.
Chodzenie po linie i po taśmie to prawdziwa sztuka.
I ci, którzy po nich chodzą, są prawdziwymi mistrzami.
W drodze na dworzec.
Wizyta w Kazimierzu Dolnym to już chyba nasza tradycja.
Zamek w Kazimierzu.
Picie mleka rano nad Wisłą.
I na motorze wujka Artura.
W Warszawie byłam dwa razy.
Wizyty tam związane były z tym długim wyjazdem, ...

... o którym dowiecie się z kolejnego wpisu. Mogę Wam powiedzieć, że było gorąco, jak na wulkanie, zielono, jak tylko może być w kraju, który jest odkrywany przez turystów na nowo, i ciekawie, no bo jak może być, kiedy się leci na drugi koniec świata.

Pisała do Was Alicja. 
Odmeldowuję się, do usłyszenia następnym razem :)


1 komentarz:

  1. Ooo, w końcu! Teraz już taki wiek, że Alicję można zapisać na parę różnych kursów angielskiego ;)

    OdpowiedzUsuń