niedziela, 27 października 2013

Wakacje w Yantai. Historia obrazkowa cz. I

    Pierwszą część wspomnień zaczynam tam, gdzie skończyłam na poprzednim blogu :)
   Pora opowiedzieć Wam o naszym pobycie w Yantai. Nie jest to bardzo duże miasto, ale jest dość popularne wśród turystów. Mieliśmy okazję spotkać np. dwie panie nauczycielki z Rosji. Ale obcokrajowców kręci się tam znacznie więcej, są to nie tylko turyści, ale i ludzie pracujący w tutejszych szkołach i firmach.
   Miejscowość nadmorska dla turystów kojarzy się głównie z leżeniem na plaży, opalaniem, itp. Ale my znaleźliśmy tu wiele innych miejsc wartych odwiedzenia. Najlepiej będzie, jak Wam je po prostu pokażę :) Moją obrazkową historyjkę podzieliłam na dwie części, bo jest o czym opowiadać, więc i zdjęć się trochę uzbierało :)
    A więc zaczynamy! Kliknij na 'czytaj więcej' aby obejrzeć zdjęcia.




Pewnej soboty wybraliśmy się zobaczyć ten oto pomnik.

Po drodze minęliśmy taki bunkier.

Na górę musieliśmy wdrapać się po wielkich schodach.

Mnie tam wniesiono :)

W drodze powrotnej minęliśmy mały cmentarz...

... i kozę.

Gdy zwiedziliśmy już wszystko, pojechaliśmy taksówką nad morze.

Chcieliśmy wejść do Muzeum Zegarów, ale było już za późno.

Zatrzymaliśmy się więc, żeby się czegoś napić.

Zatrzymywanie się gdziekolwiek zazwyczaj kończyło się tłumem wokół mnie.

Figurki na placu nad brzegiem morza.

Można zobaczyć, jak daleko jest z Yantai do innych miast na świecie. Od góry: Londyn, Paryż, Nowy Jork, Moskwa, Tokio, Seul.


Przystanęliśmy na chwilę nad samym morzem...

...co skończyło się jak zwykle i zaraz przestaliśmy być sami.

Tego dnia było ciepło i pochmurno, ale na plaży i tak było sporo ludzi.

Spacer zakończyliśmy smakowitą kolacją.

Można było spróbować takie oto robaczki, jednak nie skorzystaliśmy...

Szukając przystanku autobusowego natknęliśmy się na kolejne dzielnie.

Następnego dnia wróciliśmy tam, gdzie byliśmy wczoraj. Najpierw przeszliśmy się uliczką pełną winiarni...

... i nareszcie udało nam się wejść do Muzeum Zegarów.

W Yantai jest stara fabryka produkująca zegary.

Rodzice zabierali mnie nie raz na lody, a właściwie na wafle.

Zjedzenie takiego wafla raz skończyło się kąpielą w fontannie.

A oto Muzeum Wina w Yantai.

W Yantai produkowane jest słynne chińskie wino, Changyu.

W muzeum wino leżakuje w takich małych beczkach...

... albo w takich ogromnych, zwanych king-sized.

Zdjęć tam nie można było robić, ale... ;)

A to ja w domku, na moim kocyku.

I tu też :)

Znowu ja, tym razem na spacerze z tatusiem.

Widziałam wtedy pana, który leciał na paralotni.

W drodze do kolejnego ciekawego miejsca zasnęłam w autobusie.

Miejscem tym było Muzeum Folkowe.

Były tam ładne, stare domy...

...i świątynia.

W jednym z pomieszczeń był stary dziecięcy wózek.

W ten dzień było trochę deszczowo, więc zabrałam ze sobą moją tęczową parasolkę.

Po drodze do kolejnego miejsca wstąpiliśmy na wystawę kaligrafii jakiegoś sławnego pana...

...a to już kolejny nasz cel - Muzeum Yantai.

Yantai jest miastem portowym, więc o starą kotwicę nietrudno :)

Maszyna tkacka.

Stary rower.

Riksza.

Jedna z wielu pięknych waz...

...i jedna z wielu starych, chińskich monet.

A tu już zajadam wafelka w KFC.

Pokazywałam Wam kiedyś meczet w Ordos, w Yantai też jeden znaleźliśmy.

Niedaleko meczetu był targ.

A po drodze widzieliśmy też pana, który sprzedawał świerszcze, od razu w klatkach :)

Słonko zaszło i tak skończył się kolejny dzień w Yantai...

... a na koniec ja w czapeczce od babci :)
Ciąg dalszy jutro :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz