sobota, 4 stycznia 2014

Moja świąteczna podróż.

A było to 25 grudnia 2013 roku. Po godzinie 17-tej mamusia wróciła z pracy, niedługo po niej przyszła ciocia Laura. Zjedliśmy razem kolację świąteczną, a następnie Mamusia spakowała mi i Tatusiowi w plecak wszystko, co było nam potrzebne na półtoradniową podróż, i około godziny 20-tej ruszyliśmy w drogę na lotnisko. Lecieliśmy do...

...do stolicy Libanu, Bejrutu.
Mieliśmy spędzić tam tylko półtora dnia, więc chcieliśmy jak najwięcej zobaczyć. Oczywiście nie było mowy o dalekich spacerach, bo bym nie dała rady (Tatuś by pewnie radę dał ;)). Ale trzy spacery w ciągu naszego pobytu w tym mieście wystarczyły. Zobaczyliśmy kawałek Bejrutu, no i dostałyśmy z mamą kilka prezentów świątecznych od Tatusia. Ale o szczegółach opowiem Wam w zdjęciach. Zapraszam do obrazkowej podróży po Bejrucie!

Do hotelu Midtown dotarliśmy po północy, i zaraz okazało się, że w pokoju nie ma wody butelkowanej, więc...
... poszliśmy na nasz pierwszy spacer, w środku nocy. Miasto wcale wtedy nie spało jeszcze.
Ale ja zaraz po powrocie do hotelu zapadłam w głęboki sen.
Tatuś za to wypił późno kawę, no i zamiast spać, robił zdjęcia ;)
Tak na przykład wygląda 10,000 funtów libańskich z jednej...
... i z drugiej strony.
Rano wstałam rześka i gotowa do poznawania Bejrutu.
Tatuś założył mi tylko bluzę od babci Ali, bo w Bejrucie było wtedy ciepło.
Tatusiowi Bejrut przypominał miasto europejskie.
W Bejrucie jest wiele napisów w języku francuskim.
W jednym ze sklepów Tatuś sprawił mi prezent. Chyba nie widać go na tym zdjęciu zbyt dokładnie.
Teraz lepiej widać? Dostałam od Tatusia kolczyki :)
Bejrut nazywany był kiedyś Paryżem Bliskiego Wschodu.
Liban jest krajem zamieszkałym w większości przez Muzułmanów, ale można tam trafić (jak my ;)) na kościół katolicki.
Odbywała się tam akurat msza, więc ze zdjęciami poczekaliśmy do jej końca.
Kościół pw. Matki Boskiej Różańcowej.
Liban leży nad Morzem Śródziemnym. Widziałam je po raz pierwszy w życiu!
W jednej z nadmorskich knajpek odpoczęłam, a Tatuś spróbował miejscowej kawy i sziszy.
Jedna z ulic prowadzących nad Morze Śródziemne.
A takie są tablice rejestracyjne samochodów w Libanie.
Latarnia morska.
Morze Śródziemne spodobało mi się.
Mam nadzieję, że jeszcze nie raz je zobaczę :)
Deptak nad morzem.
Budynek zniszczony w trakcie wojny w latach 90-tych, nie został jeszcze odbudowany.
Pani recepcjonistka w hotelu chętnie brała mnie na ręce.
Jej córka jest trochę ode mnie starsza, ale nie przeszkadzało nam to w zrobieniu sobie wspólnego zdjęcia.
Na spacer wychodziliśmy chyba ze 3 razy! Ten ostatni był wieczorem, więc założyłam na wszelki wypadek szaliczek.
Następnego dnia rano ruszyliśmy już na lotnisko, żeby wrócić do Mamusi.
I dostałam kolejny prezent od Tatusia - moją pierwszą żyrafę!
W trakcie lotu powrotnego oglądałam bajki...
... albo bawiłam się z ciocią Sohą z Libanu, która pracuje w Kuwejcie, jak Mamusia.
Tak oto wyglądała moja (pierwsza) wizyta w Bejrucie. Muszę powiedzieć, że spodobało mi się to miasto i chciałabym tam kiedyś polecieć jeszcze raz, razem z Tatusiem i Mamusią :) 

To już jest koniec tej historii obrazkowej. Widzimy się w kolejnym wpisie. Cześć!

PS. Ostrzeżenie! Lotnisko w Kuwejcie jest duże, ale bardzo kiepsko zorganizowane. Można się tam zgubić!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz